Toskania | Tuscany

Wyjazd do Toskanii był już zaplanowany w styczniu. Dzięki Waldkowi i Wojtkowi udało mi się wyjechać do Toskanii. Jednak największe podziękowania należą się Jarkowi Pawlakowi. Począwszy od organizacji lokalizacji, które odwiedzaliśmy po niesamowity klimat, który udało się stworzyć. Poprzez niesamowite jedzenie przygotowywane przez Kasię, a skończywszy w przepięknej agroturystyce „Bagnollo”.

 

Na początku muszę wytłumaczyć dlaczego tak długo nic nie pisałem na blogu. Otóż przez okres wakacyjny dużo podróżowałem i fotografowałem. Niestety na wszystko czasu nie starczyło, stąd absencja na blogu. Od teraz mam zamiar wszystko opisywać co się dzieje w moim życiu fotograficznym, dlatego pierwszym tematem wakacyjnym z jakim chciałbym się z Wami podzielić jest wyjazd od Toskanii, który miał miejsce w maju :).

Wyjazd do Toskanii był już zaplanowany w styczniu. Dzięki Waldkowi i Wojtkowi udało mi się wyjechać do Toskanii. Jednak największe podziękowania nalezą się Jarkowi Pawlakowi, który organizuje cały plener w cenie niewyobrażalnie niskiej 400 euro. Począwszy od organizacji lokalizacji, które odwiedzaliśmy po niesamowity klimat, który udało się stworzyć. Poprzez niesamowite jedzenie przygotowywane przez Kasię, a skończywszy w przepięknej agroturystyce „Bagnollo”. Plan wyjazdu obejmował 5 dni w Toskanii, gdzie zwiedzaliśmy niezliczoną ilość miast i lokacji, których nie sposób opisać za pomocą słów, czy nawet fotografii. No może w moim przypadku lepiej wyjdzie opowiadanie za pomocą fotografii. Ale od początku. Do Toskanii dojechaliśmy autem, dzięki Waldkowi, który normalnie jest nie do zdarcia i prowadził auto przez 1600 km. Swoją drogą, jazda po autostradach w Niemczech to czysta przyjemność. Gorzej z fotoradarami, z których fotki mam nadzieję, że nie dojdą. Na naszej drodze mieliśmy przyjemność przejeżdżać przez Austrię i przełęcz Berneńską. Alpy o wschodzie słońca zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Szkoda, że jadąc autostradą nie ma mamy praktycznie możliwości zatrzymania się i zrobienia zdjęcia. Po 12 godzinnej podróży dojeżdżamy do Włoch. Pierwsze wrażenie dość dziwne. Nikt się nie spieszy, nie ma żadnych reklam przy drodze i wszystko wydaje się jak nie do końca wyremontowany PRL. Waldek szybko mi wyjaśnia jaka jest różnica między krzewami z winogronami, a z jabłkami. Co mnie naprawdę zdziwiło to fakt, że Włosi nie uczą się języków obcych i nikt nie mówi po angielsku. No zdarzają się wyjątki.

Do docelowej lokalizacji dojeżdżamy o godzinie 10:00. Od razu witam się ze wszystkimi po czym biorę aparat i idę w teren robić rozeznanie. Jedną radę tutaj należy zapisać. Nie zabierać obuwia sportowego czy pełnego. Prawda jest taka. Za dnia przydają się klapki, a na wschody słońca tylko i wyłącznie gumowce. Tak gumofilce, klasyczne jakiekolwiek. Po prostu teren, po którym chodzimy jest gliniasty i o wchodzie słońca jak jest rosa to toniemy w glinie. Wracając do samego „Bagnollo”. Miejsce, w którym nocowaliśmy jest bajeczne. Przez cały czas czułem się jak u babci na wsi na wakacjach, gdzie na każdym kroku czułem wiejski klimat, który bardzo lubię. Ludzie żyjący w tym miejscu zajmują się hodowlą owiec. Dzięki czemu mieliśmy okazję uczestniczyć w dojeniu czy strzyżeniu owiec. W tym momencie nie sposób pominąć przygody Wojtka, który poszedł fotografować strzyżenie owiec w białych spodniach. Sytuacja wyglądała tak. Wojtek fotografował owce z użyciem lampy błyskowej. Jak błysnął krowa się spłoszyła, po czym kopnęła świnię, a ta z całym impetem wpadła w gnój. No i Wojtek został do połowy zakryty gnojem. Po czym odwrócił się i powiedział „Od razu mówiłem, że wyjście w tych białych spodnich to głupi pomysł”. Niestety nie było mnie przy tym, bo nie stałem na czas, ale tak mi to przedstawiono. Grzechem byłoby nie wspomnieć o Magdzie, która na stałe mieszka w tym miejscu. Dzięki Magdzie mieliśmy okazję odwiedzić ich lokalną fabrykę serów, która umiejscowiona jest nieopodal miejsca, w którym nocowaliśmy. Oczywiście nie omieszkałem zakupić kilka kilogramów serów, kilka butek wina i oliwy z oliwek. Wszystko oczywiście z lokalnej produkcji.

Wracając do posiłków. Jedzenie jakie nam serwowano to klasyczne toskańskie potrawy. Pierwszy raz jadłem prawdziwą włoska pizzę, spaghetti oraz gnocchi. Nie sposób opisać różnice między tym co jemy z kuchni włoskiej i w polskiej, a tym co tam zastałem. Może pojęcie różnicy między tanią chińską podróbką, a oryginałem odda w minimalnym stopniu różnice. Na śniadanie cała gama dojrzewających serów owczych. Najbardziej zajadałem się serkiem ricotta. Po powrocie do Polski kupiłem sobie taki serek w markecie. Najdroższy jaki był. Niestety nie miał porównania z tym, jaki jadłem w Toskanii. Najlepszym elementem ucztowania było domowe wino podawane do kolacji. Zdziwił mnie bardzo fakt, że na winie pływała oliwa. Okazało się, że w taki sposób się tutaj wino konserwuje. Oliwa nie dopuszcza powietrza do wina, przez co nie utlenia się. Prosty sposób i skuteczny. Wracając do samego celu podróży. Widoki, jakie mieliśmy okazje widzieć i fotografować są rewelacyjne. Wschody słońca nad doliną, w której widać poranne mgły i pasterzy wyprowadzających owce, czy zachody słońca nad zielonymi polami zboża. Nie wspominając o lokalizacjach, gdzie nagrywali wiele znanych filmów takich, jak Gladiator. Warto tutaj nadmienić fakt, że bez Jarka nie zaleźlibyśmy tych miejsc, nawet mając dokładne położenie. Nie mówiąc o tym, że nasz przewodnik wiedział nie tylko gdzie jechać, ale i o jakiej porze, aby warunki fotograficzne były najlepsze. W tym momencie należy wspomnieć o uczestnikach tej wyprawy, dzięki którym klimat całego pobyt był wyjątkowy.

Wracając do Polski Waldek wpadł na genialny pomysł, aby odwiedzić Pisę i Wenecję. Pisa przywitała nas masą Afrykańczyków, którzy chcieli sprzedać nam tanie zegarki, czy damskie torebki. Jednak widok na „Pole cudów”, na którym znajduje się między innymi znana krzywa wieża rekompensuje cały trud podróży. Tutaj należy nadmienić anegdotkę związaną z samym dojazdem. Waldek wpisał w nawigację miejscowość „Pizza”, zamiast „Pisa”. Sytuacja wyglądała następująco. Nawigacja wyświetla nam, że do celu mamy 3 km. Ja się pytam, czy ta Pisa to duża miejscowość. Chłopaki mi mówią, że jest bardzo duża, mają lotnisko, około 90 tys. mieszkańców no i jest to miasto portowe. Rozglądam się wkoło, a widzę teren górzysty, gdzie droga jest bardzo kręta, obok widzę urwisko, gdzie drzewa są pourywane i jest zakaz wjazdu autokarów. Po czym mówię do naszej ekipy „Czy nie powinniśmy widzieć już jakieś przedmieścia”. Jednym słowem śmiechu było co nie miara. Ale co tam. Dzięki temu odwiedziliśmy słynny diabelski most nad turkusową rzeką koło miejscowości „Mozzano”. Stamtąd szybko przez całe Włochy dojechaliśmy do Wenecji. Wenecja nie jest przereklamowana. Jest rewelacyjna. Najpierw należy dotrzeć do starego miasta, gdzie komunikacja odbywa się tylko i wyłącznie drogą wodną. Na terenie całej wyspy kursują tramwaje wodne. Niestety na plac świętego Marka dotarliśmy o godzinie 18:15, ostatni tramwaj powrotny mieliśmy o godzinie 20:15. Tak więc na zwiedzenie tego najbardziej znanego miejsca w Toskanii mieliśmy dwie godziny. Ale i tak było warto. Powrót z Wenecji był wręcz bajkowy. Widok gondoli i małych restauracji oświetlonych lampionami na tle zachodzącego słońca był wyjątkowy. Oczywiście nie obyło się bez przygód z tym związanych. Okazało się, że w moim laptopie spalił się dysk, a wszystkie karty pamięci miałem zapełnione. Niestety koledzy nie mieli wolnych kart, dlatego musiałem kupić CF w Wenecji. Cena nie okazała się promocyjna. Wracając do Polski nocleg zarezerwowaliśmy w „Bolzano”, tak, że wschód słońca przywitał nas w Alpach.

Wiele historii wiąże się z tym miejscem, których w tym momencie nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Z góry także przepraszam osoby, o których nie wspomniałem i historii, o których nie napisałem (lub te obecne pokręciłem), ale nie sposób wszystkiego zapamiętać. Na pewno nie zapomnę nocnych rozmów o fotografii przy dobrym winie w świetle księżyca patrząc na górzysty teren Toskanii, gdzie Wojtek powiedział „Nawet gdybym miał wyjechać stąd po pierwszym dniu wizyty nie byłbym zły, ponieważ każdy dzień dostarcza wielu wrażeń i zajebistych fotografii”. Tym stwierdzeniem zapraszam wszystkich do galerii, która może choćby w małym stopniu pokaże Toskanię taką, jaką ja ją zapamiętałem.